piątek, 26 czerwca 2015

Post niepozytywny

Źródło: internet
 Zwykle gdy czytam blogi, uderza mnie idylliczność opisywanych w nich zdarzeń. Jak to pięknie szyjemy, jaka ta lub inna sytuacja jest zabawna i mądra, jakie te nasze dzieci wspaniałe i bez wad - przykłady można mnożyć w nieskończoność. Tak, ja również staram się wstawiać pozytywne notki. W końcu życie samo w sobie jest na tyle trudne, że nikt chyba nie ma ochoty czytać o problemach innych. Zresztą, jakby ktoś chciał, to istnieją jakieś brukowce temu poświęcone, jakieś "To samo życie" czy jak to się zwie.

Dlatego też - wracając do tematu - ostatnio mało się odzywałam. Życie postanowiło nam z lekka dokopać i nie nastrajało do pisania o pozytywach, których jakoś brak (albo w natłoku negatywów ciężko je zauważyć i cieszyć się nimi). Kulminacja (mam nadzieję) nastąpiła dzisiaj w postaci potężnej tyrady z mojej strony w kierunku Tatusia Muminka, który nawet kłócić się nie chciał - albo w duchu przyznawał mi rację, albo był zmęczony i gadać mu się ze mną nie chciało.

Źródło: internet
A wszystko zaczęło się od otwartych drzwi na korytarz. Wchodzę sobie niewinnie z ogródka do domu i widzę, że drzwi na korytarz jako te wrota otwarte na oścież. Może bym się szczególnie nie przejęła, jakbyśmy na ostatnim piętrze mieszkali, ale parter to jednak trochę strach. Zwłaszcza, że z okazji wysokiej temperatury klatka schodowa też się wietrzy... Zaraz w mojej głowie powstało setki scenariuszy jak to niepostrzeżenie ktoś wchodzi i bierze co mu pod rękę wpadnie.

Jakiś czas później zwróciłam Tatusiowi Muminka uwagę na ten temat i od słowa do słowa skończyło się jak wyżej. :/ Najgorsze jest to, że nawet na rozluźnienie nie mogę sobie ulubionego drinka zrobić, bo odpowiedniego soku w domu nie uświadczysz :( 

Źródło: internet

czwartek, 11 czerwca 2015

Polubić siebie: challenge accepted

 
Źródło: internet
 Długo zabierałam się do tego posta. Długa też była moja droga do osiągnięcia tego etapu samoakceptacji, na którym obecnie się znajduję. A do końca jeszcze spory kawałek.

Akceptowanie siebie jest w naszym społeczeństwie wyzwaniem. Przy wielkim nacisku ze wszystkich stron: żeby wyglądać lepiej, zarabiać więcej, mieć więcej - odnalezienie samego siebie i akceptacja tego, jacy jesteśmy okazuje się trudnym zadaniem. Przy czym proces ten nie kończy się w momencie, gdy osiągamy cel - jest on nieustannym dążeniem do tego, aby tej akceptacji nie utracić pod wpływem różnych okoliczności. Aby nadal lubić samego siebie.

Tak naprawdę samoakceptacja jest jak romans z samym sobą. A żeby taki związek trwał długo i był owocny, trzeba dobrze poznać potrzeby partnera - w tym wypadku własne. Nie jest to łatwe zadanie,  zwłaszcza w świetle typowego polskiego wychowania. Prawda jest bowiem taka, że jeśli nawet żyjemy w tzw. "związku partnerskim", to wychowywani byliśmy często zupełnie inaczej. I to się, niestety, odbija nam czkawką.

Ale wróćmy do romansu. Pocieszające jest, że można go zacząć kiedykolwiek, nigdy nie jest za późno. Jasne, im szybciej, tym lepiej. Przede wszystkim trzeba siebie poznać - jakie są moje potrzeby, co lubię robić, zwłaszcza gdy jestem sam/sama. Co chciałabym w życiu osiągnąć, realnie, ale z fantazją.

Powiem wam o co mi chodzi. Przez wiele lat żyłam w skorupie. Kilkakrotnie zmieniałam miejsce i zaczynałam "od nowa". Niestety, za każdym razem okazywało się, że moje problemy nie tylko nie znikają, ale powielają się. Miałam znajomych, ale wciąż byłam singlem. Chciałam być w związku, ale nie wiedziałam jakim (no owszem to romantyczne wyobrażenie tkwiło we mnie, ale nic poza tym). Nie rozumiałam w czym problem. To znaczy częściowo rozumiałam: miałam trudny charakter (nadal mam, ale pracuję nad sobą) i w zły sposób postrzegałam własną osobę. Ja po prostu siebie nie lubiłam.

Pierwszym krokiem do osiągnięcia celu w samoakceptacji jest uświadomienie sobie tego faktu - jak w uzależnieniu. Uważam bowiem, że nielubienie siebie jest pewnego rodzaju uzależnieniem: od postrzegania swojej osoby wyłącznie w złym świetle. Łatwo bowiem zasiać w umyśle (zwłaszcza dziewczynki) negatywne nastawienie do siebie, gdy powtarza się jej codziennie: "jesteś gruba, brzydka i nikt cię nigdy nie zechce", "jesteś głupim pasożytem", itp. Tego typu wyrażenia zapadają w pamięć NA ZAWSZE. Taka osoba nawet gdy w przyszłości usłyszy komplement, będzie miała gdzieś z tyłu głowy: "ale i tak wiem, że jestem gruba/ brzydka/ głupia/ okropna". Praca nad samoakceptacją jest wtedy niezwykle trudna, jak bowiem uwierzyć we własną wartość, gdy wewnętrzny głos powtarza jak mantrę te złe słowa?

Po pierwsze: stań przed lustrem i poznaj tę osobę, którą widzisz. To co, że ma kilka kilo nadwagi, grube kolana lub krzywy mały palec u nogi? Poznaj ją i przekonaj się, że inne rzeczy są w porządku a niektóre wręcz zaskakują pozytywnie: włosy ma gęste i lśniące, a błysk w oku zapowiada, że będziecie się wspólnie dobrze bawić. Skupiam się na wyglądzie, gdyż to z nim mamy przeważnie największe problemy. Sama je mam ;). W dzisiejszych czasach wszechobecnego internetu, atakujących z każdej strony telewizji, bilboardów i innych środków przekazu wizualnego, ciężko nie popaść w totalną depresję. Jedna aktorka po porodzie wróciła do figury sprzed ciąży w ciągu kilku tygodni, a jedna modelka po czwórce dzieci ma taką figurę jakiej ja nie miałam bez dzieci nawet we własnych marzeniach ;). Obecnie znów walczę o uznanie we własnych oczach, bo Muminek był taki wielki, że na porodówce pierwsze pytanie lekarza na widok mojego brzucha brzmiało: "o, bliźniaki?" :) i to, niestety, ma swoje konsekwencje do dzisiaj.

Potem dowiedz się, jakie osoba z lustra ma zalety i wady. I pokochaj je. Bez wyjątku. Zapamiętaj: nie ma ludzi bez wad. Ale jak się kogoś kocha, to jego wady też się kocha :). I przede wszystkim w wielu wypadkach można znaleźć obejście problemu: Tatuś Muminka jest szalenie niepunktualny, a ja jestem bardzo podatna na wpływ otoczenia. W związku z tym zaczęłam być niepunktualna... czego nie cierpię. Przez chwilę z tym walczyłam, a teraz mam system: po prostu mówię Tatusiowi, że jesteśmy umówieni pół godziny wcześniej, niż to faktycznie ma miejsce i w 90 % przypadków zdążamy na czas ;). Chyba, że nie przewidzimy korków. W ogóle w ramach samoakceptacji ostatnio przestałam się spinać w wielu sprawach i wyluzowałam. Nie dążę już do tego, żeby być perfekcyjną panią domu, perfekcyjną mamą i czym tam jeszcze. Impreza u nas? Spokojnie! przecież imprezy są po to, żeby się dobrze bawić, a nie spinać. Jak goście przyjdą, a ja nie będę gotowa ze wszystkim?  Albo pomogą w przygotowaniach [preferowane ;)], albo poczekają sącząc drinki na tarasie... Lub sadząc drzewka, jak to miało miejsce niedawno :)

Wyluzowanie też postrzegam jako część pracy w kierunku samoakceptacji: nie jestem perfekcyjna, nie byłam i nigdy nie będę. We wszechobecnym dookoła pośpiechu i nacisku społecznym poszukuję siebie - trochę leniwej, trochę za bardzo wymagającej, w rozmiarze XXL, ale za to ciepłej i rodzinnej. I uważam, że należy mi się odrobina luksusu: leniwy dzień na zalanym słońcem tarasie z kawą i książką. Taka randka ze mną. Bo się lubię po prostu...

Źródło: internet

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Chłodne spojrzenie na "Frozen"


Źródło: internet

Wiem, że temat wychodzi troszkę w nieodpowiedniej porze roku, ale przeglądając ostatnio starsze wpisy Zwierza natknęłam się na notkę na temat bajki Disneya "Frozen". Ponieważ na początku miałam mnóstwo zastrzeżeń do tej produkcji, postanowiłam sprawdzić co sądzi o niej Zwierz, z którego opiniami wielokrotnie się zgadzałam i którego spostrzeżenia uważam za niezwykle trafne w wielu dziedzinach.

Źródło: internet
Pamiętam, że pierwszy raz oglądałam "Frozen" po angielsku z napisami. Nieco to przeszkadzało Małej Mi, choć bajka zafascynowała ją na tyle, że nie skarżyła się na obcy język. Natomiast ja od razu zakochałam się w piosenkach (zwłaszcza "Let it go" i "Do you want to build a snowman?") oraz w nieco naiwnym, ale czarującym Olafie. Przemyślenia na temat luk w fabule zostawmy na potem, chciałam się skupić na innym problemie. Otóż jakiś czas później obejrzałam bajkę z polskim dubbingiem i szczerze mówiąc załamałam się poważnie. Co stało się z genialnym dubbingiem, który wielu bajkom dodawał wręcz uroku? Gdzie te świetnie przetłumaczone piosenki? Przy każdej piosence bolały mnie zęby, przy czym nie jest to wina wykonania (Idina Menzel to nie jest, ale nie łudźmy się, jej nie da się podrobić), tylko tłumaczenia. Pamiętam, że zdenerwowałam się tak bardzo, że na potrzeby własne przetłumaczyłam "Let it go" ;). Do dzisiaj wolę oglądać "Frozen" w oryginale, mimo że pogodziłam się z nieścisłościami fabuły - w końcu to bajka dla dzieci, a one nie dostrzegają takich rzeczy. Całkiem niedawno przypadkiem odnalazłam w sieci klip, na którym można posłuchać piosenki "Let it go" w 43 językach. W pełnych wersjach. 3 bite godziny :D Z ciekawości posłuchałam kilku, zwłaszcza tych, które byłam w stanie zrozumieć, przynajmniej częściowo. Otóż oświadczam, że nasze tłumaczenie jednak daje radę :) Co nie zmienia faktu, że tłumacze mogli się bardziej przyłożyć. Zresztą możecie sprawdzić sami na poniższym klipie.


Jeśli chodzi o inne wady bajki, niezależne od tłumaczenia polskiego - obraz posiada wiele luk logicznych, brak spójności wręcz bije po oczach. I bardzo mnie razi jakiekolwiek porównywanie do "Królowej Śniegu" H.Ch.Andersena. Poza magią zimy posiadaną przez Elsę nic w tej bajce nie wskazuje na nawiązanie do klasyki. Przy czym odnoszę wrażenie, że jednak główną postacią w tej bajce jest Anna, a nie Elsa.

Źródło: internet
Po seansie nasunęło mi się wiele pytań, na przykład: SPOILER ALERT - rodzina królewska nagle, z dnia na dzień zamknęła zamek, usunęła większość służby... i nikt nie zadał pytania dlaczego? Poza tym, z tego, co widziałam, troll-czarownik usunął wspomnienia o magii Elsy z głowy Anny, a co ze służbą, która została zwolniona i tą, która pozostała w zamku? Z początkowych scen można było wywnioskować, że nie był to sekret. Poza tym troll wyraźnie powiedział Elsie, że strach będzie jej największym wrogiem, to co zrobili patologiczni rodzice? Zamknęli ją samotnie w jej pokoju, odcięli od świata i uwięzili w strachu przed własnymi mocami. Brawo rodzice. Tak naprawdę z tego wynikła cała historia opowiedziana w bajce, ale kaman, słaby scenariusz nie predysponuje do dobrej bajki. Takich kwiatków jest tam więcej, obraz ma swoje momenty, ale przez większość czasu w głowie siedział mi taki mały człowieczek z młoteczkiem, którym uderzał w dzwonek. Za każdym razem, kiedy wypływała kolejna nieścisłość albo brak logiki robił takie małe "dzyń!" Dużo tego dzwonienia było ;)

Źródło: internet
Tak naprawdę bajka broni się głównie grafiką. Mam nadzieję, że Disney pozostanie przy takiej stylistyce, bo to co pokazali było tak piękne, że mimo wskazywanych przeze mnie wad, uplasowała się w czołówce moich ulubionych bajek. Teraz, po kilkunastu już razach nie zwracam uwagi na to, co uderzająco nie spodobało mi się za pierwszym razem. Po prostu patrzę na piękne obrazki, nucę niezwykle melodyjne piosenki i łapię odrobinę szczęścia, że mogłam poprzebywać w tym cudnym bajkowym świecie. Bo po to właśnie jest Disney, czyż nie?

Źródło: internet