wtorek, 1 grudnia 2015

Klimatycznie na święta


Źródło: Internet

W dzisiejszych zabieganych czasach ciężko zatrzymać się, albo choćby przyhamować, aby zastanowić się nad szeroko pojętym „sensem istnienia”. Tym bardziej, jeżeli masz do przygotowania całe święta, bądź ich część (gdy na przykład spędzasz je u rodziców). Jak bowiem cieszyć się nadchodzącym ogromem pracy, który trzeba włożyć w przygotowania? Dzieciom jest prościej – one zwykle mają tylko wypatrywać gwiazdki i grzecznie się zachowywać (choć to ostatnie wcale nie jest łatwe, jak ostatnio stwierdziła Mała Mi). 

Źródło: Internet
Boże Narodzenie od zawsze było dla mnie najbardziej magicznym świętem w ciągu roku. I nie wiąże się to bynajmniej z jego religijnym wydźwiękiem, lecz z atmosferą, która w moim rodzinnym domu zaczynała panować już od początku grudnia. Mniej więcej około Mikołaja moja mama zaczynała planować jakie potrawy staną na wigilijnym stole, zaczynały się tajemnicze szepczące rozmowy dorosłych, a gdzieś w połowie grudnia w dużym pokoju stawała pięknie przybrana choinka. Do dzisiaj wspominam smaki i zapachy, które towarzyszyły mi w tamtych chwilach. Warto w naszych dzieciach zaszczepić miłość do tradycji, trzymać się pewnych wytycznych, aby i one miały piękne wspomnienia i aby chciały tę tradycję przekazać następnym pokoleniom. Nie ma bowiem nic piękniejszego, niż przepis po prababci, który zachował się do naszych czasów. Nic nie zastąpi nam ciepła w rodzinnym gronie, gdzie mimo codziennych trosk wszyscy są uśmiechnięci i choć na chwilę zapominają, że gdzieś tam świat nadal pędzi do przodu. Uwielbiam takie momenty i poczucie, że istnieje tylko tu i teraz: jasno oświetlona, przepięknie ubrana choinka, pyszne dania, w których głównym składnikiem jest miłość i słodkie dźwięki kolędy.

Źródło: Internet
W swoim życiu przeżyłam wiele kolacji wigilijnych. Zawirowania życiowe sprawiły, że nic już nie jest dla mnie takie samo, ale staram się tchnąć ducha świąt w moje dzieci i chyba zaczynam odnosić niejakie zwycięstwo. Mała Mi już w listopadzie prosi o puszczanie piosenek świątecznych. Zwykle daję się uprosić, bo sama je uwielbiam. Znajomi pukają się w głowę, ale przecież te piosenki tworzą taką cudną atmosferę w domu... że już nie mogę się doczekać na aromaty nadchodzących świąt. Zresztą co może być milszego od słuchania tych ciepłych piosenek pod kocem na kanapie i z kubkiem gorącej herbaty, gdy na dworze wieje i leje, słońce ciągle chowa się za chmurami, a dni stają się takie krótkie, że jeszcze dobrze się nie obudzisz, a już wypada iść z powrotem spać? Ja nie znajduję nic lepszego. No, może filmy świąteczne jeszcze zdają egzamin. I nie mam na myśli nieśmiertelnego „Kevina”. 

Źródło: Internet
Dla mnie czas przedświąteczny mógłby się zacząć już w styczniu... i niejako się zaczyna. Znajomi dziwnie na mnie patrzą, kiedy mówię, że już wtedy zaczynam kupowanie prezentów pod choinkę. Ale po co czekać do ostatniej chwili? Po co szarpać się z wypłatą? W grudniu i tak wydatki są zwiększone. Jeśli w ciągu roku trafiam na coś, co wydaje mi się trafionym prezentem dla konkretnej osoby, kupuję to i jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, a prezent doczeka do grudnia – pakuję pięknie i oto bez wysiłku i szukania na ostatnią chwilę – mam upominek dopasowany do gustów obdarowywanej osoby. 

Źródło: Internet

 Jakby nie było - grudzień jest dla mnie magiczny :) Życzę aby i dla Was był magiczny, tajemniczy i pełen aromatów.

WESOŁYCH ŚWIĄT!
 

piątek, 31 lipca 2015

Magiczna granica?

Źródło: internet
Przeczytałam ostatnio artykuł o kobiecie, której życie skończyło się po czterdziestce. Nie wiem, skąd ten przesąd, ludzie w obecnych czasach żyją po 80-90 lat, czterdziestka wypada gdzieś w połowie albo nawet przed.

Poza tym, co młoda dziewczyna wie o sobie? Pamiętam sama siebie w wieku osiemnastu lat: romantyczne mrzonki na temat dorosłego samodzielnego życia i ani trochę realizmu. I mimo różnych "przeciwności losu" niewiele się zmieniło w moim postrzeganiu świata przez następne mniej-więcej 10 lat. A kiedy już coś niecoś o sobie wiedziałam, założyłam rodzinę i moje priorytety znowu należało zweryfikować.

Cały ten czas w zmieniających się realiach poszukiwałam siebie. Kim jestem? Czy jestem taka, jak chciałabym być, czy może potrzebna mi praca nad sobą? Jakie są moje potrzeby i czy są one zaspokajane? I jak to jest z tą fizycznością?

Źródło: internet
Jak już pisałam wcześniej: zaakceptowanie swojej osoby bywa trudne, czasem wręcz niemożliwe bez całkowitej zmiany nastawienia. Ja też walczyłam z wewnętrzną potrzebą bycia "piękną", co w moim mniemaniu nierozerwalnie łączyło się ze szczupłym ciałem (przy jednoczesnym minimalnym wysiłku - to wrodzone lenistwo!). Zawsze mnie raziło, że są osoby, również w moim otoczeniu, które całe swoje świadome życie poświęcają, aby stosować kolejne diety, w dążeniu do nierealnej ale wymarzonej sylwetki. Mnie odchudzanie zdarzyło się ze trzy razy w życiu - i tak uważam, że to za dużo!

Teraz doszłam do etapu życia, kiedy wiem, że chciałabym być szczuplejsza, ale nie dążę do tego za wszelką cenę. Ustaliłam plan długoterminowy na dojście do pewnego poziomu i śmieszą mnie krzyczące głośno nagłówki popularnych gazet, które twierdzą że z ich dietą na pewno schudniesz w tydzień i uzyskasz wymarzoną figurę zupełnie bez wysiłku.

Podsumowując: kiedy miałam dwadzieścia kilka lat, wydawało mi się, że jeśli nie osiągnę czegoś w krótkim czasie, to życie przejdzie mi koło nosa. Przepadną wszelkie szanse na udany związek, dobre macierzyństwo, godną starość. Szybkie działanie miało być gwarancją tych wszystkich zdarzeń. Życie zweryfikowało to przekonanie. Nauczyłam się, że najważniejsze rzeczy potrzebują czasu, żeby dojrzeć i mieć najlepszy smak z możliwych.

Dziś, widząc zbliżającą się czterdziestkę, nie wyrywam włosów z głowy. Jestem świadoma siebie, swoich potrzeb i pragnień. Wiem, że przede mną jeszcze sporo pracy, wciąż jestem zbyt impulsywna i wybuchowa, często mówię szybciej niż myślę. Ale wiem też, że mam najważniejsze rzeczy w życiu: miłość, zaufanie, ciepłe relacje z bliskimi. Moje życie na pewno nie skończy się wraz z nadejściem czterdziestego roku życia. Tyle jeszcze przede mną: upragniona praca, wiele lat macierzyństwa - tak naprawdę jestem dopiero na początku tej ścieżki!), dobre małżeństwo... to wszystko sprawia, że upływ czasu nie wydaje się czymś strasznym :).

Źródło: internet

niedziela, 12 lipca 2015

Moja kolekcja na gorsze dni :)

Ostatnio nasze życie przyspieszyło i nie ukrywam, że wakacje mają z tym wiele wspólnego. Już nie ma powolnego budzenia się o poranku, wyciągania na łóżku z Muminkiem u boku, leniwych czynności do południa... Za to więcej u nas zamieszania, śmiechu i przekomarzania od samego rana. Przez ostatni tydzień dołączył do naszej szalonej ekipy kuzyn dzieciaków, w wieku Małej Mi. W dodatku zaplanowaliśmy mały remont (zaczynamy już jutro), więc pakowanie, pakowanie, bo meble w salonie też będziemy zmieniać. 

Chabry ze spaceru :)
W związku z tym zaczęłam bardziej jeszcze doceniać chwile samotności i spokoju. Chociaż niekoniecznie samotności i niekoniecznie spokoju - chwile szczęścia po prostu. Kolekcjonuję je, zbieram na potem, na momenty zwątpienia i do wspominania. Zimą usiądę przy kominku z kubkiem pachnącej herbaty i przypomnę sobie jak pięknie wyglądały łany zboża przetykane chabrami (wspomnienie ze spaceru z Muminkiem), albo jak pachniała zieleń w zagajniku (wyprawa do sklepu z wszystkimi trzema potworami). Przywołam poranną kawę na tarasie, kiedy dzień dopiero się budził, zanim dzieci wstały. Moment, kiedy Migotek (kuzyn dzieciaków) nauczył się jeździć na dwóch kółkach.

Fajne takie lato - pełne zapachów i smaków. Przygód wymyślonych i przeżywanych naprawdę. A ile jeszcze przed nami! Zaraz malowanie, potem wyjazd "w dzikie ostępy" wschodniej Polski, gdzie zasięg telefoniczny nie ma dostępu, najbliższy sklep w sąsiedniej wsi, a prysznic tylko "pod chmurką" :) . Liczę na ciekawe przygody i tam, miejsce jest fantastyczne, a do tego pełne przyjaciół rzadko widywanych. Tam też z pewnością znajdę mnóstwo szczęśliwych chwil, które nawlekę na sznurek jak koraliki.

piątek, 26 czerwca 2015

Post niepozytywny

Źródło: internet
 Zwykle gdy czytam blogi, uderza mnie idylliczność opisywanych w nich zdarzeń. Jak to pięknie szyjemy, jaka ta lub inna sytuacja jest zabawna i mądra, jakie te nasze dzieci wspaniałe i bez wad - przykłady można mnożyć w nieskończoność. Tak, ja również staram się wstawiać pozytywne notki. W końcu życie samo w sobie jest na tyle trudne, że nikt chyba nie ma ochoty czytać o problemach innych. Zresztą, jakby ktoś chciał, to istnieją jakieś brukowce temu poświęcone, jakieś "To samo życie" czy jak to się zwie.

Dlatego też - wracając do tematu - ostatnio mało się odzywałam. Życie postanowiło nam z lekka dokopać i nie nastrajało do pisania o pozytywach, których jakoś brak (albo w natłoku negatywów ciężko je zauważyć i cieszyć się nimi). Kulminacja (mam nadzieję) nastąpiła dzisiaj w postaci potężnej tyrady z mojej strony w kierunku Tatusia Muminka, który nawet kłócić się nie chciał - albo w duchu przyznawał mi rację, albo był zmęczony i gadać mu się ze mną nie chciało.

Źródło: internet
A wszystko zaczęło się od otwartych drzwi na korytarz. Wchodzę sobie niewinnie z ogródka do domu i widzę, że drzwi na korytarz jako te wrota otwarte na oścież. Może bym się szczególnie nie przejęła, jakbyśmy na ostatnim piętrze mieszkali, ale parter to jednak trochę strach. Zwłaszcza, że z okazji wysokiej temperatury klatka schodowa też się wietrzy... Zaraz w mojej głowie powstało setki scenariuszy jak to niepostrzeżenie ktoś wchodzi i bierze co mu pod rękę wpadnie.

Jakiś czas później zwróciłam Tatusiowi Muminka uwagę na ten temat i od słowa do słowa skończyło się jak wyżej. :/ Najgorsze jest to, że nawet na rozluźnienie nie mogę sobie ulubionego drinka zrobić, bo odpowiedniego soku w domu nie uświadczysz :( 

Źródło: internet

czwartek, 11 czerwca 2015

Polubić siebie: challenge accepted

 
Źródło: internet
 Długo zabierałam się do tego posta. Długa też była moja droga do osiągnięcia tego etapu samoakceptacji, na którym obecnie się znajduję. A do końca jeszcze spory kawałek.

Akceptowanie siebie jest w naszym społeczeństwie wyzwaniem. Przy wielkim nacisku ze wszystkich stron: żeby wyglądać lepiej, zarabiać więcej, mieć więcej - odnalezienie samego siebie i akceptacja tego, jacy jesteśmy okazuje się trudnym zadaniem. Przy czym proces ten nie kończy się w momencie, gdy osiągamy cel - jest on nieustannym dążeniem do tego, aby tej akceptacji nie utracić pod wpływem różnych okoliczności. Aby nadal lubić samego siebie.

Tak naprawdę samoakceptacja jest jak romans z samym sobą. A żeby taki związek trwał długo i był owocny, trzeba dobrze poznać potrzeby partnera - w tym wypadku własne. Nie jest to łatwe zadanie,  zwłaszcza w świetle typowego polskiego wychowania. Prawda jest bowiem taka, że jeśli nawet żyjemy w tzw. "związku partnerskim", to wychowywani byliśmy często zupełnie inaczej. I to się, niestety, odbija nam czkawką.

Ale wróćmy do romansu. Pocieszające jest, że można go zacząć kiedykolwiek, nigdy nie jest za późno. Jasne, im szybciej, tym lepiej. Przede wszystkim trzeba siebie poznać - jakie są moje potrzeby, co lubię robić, zwłaszcza gdy jestem sam/sama. Co chciałabym w życiu osiągnąć, realnie, ale z fantazją.

Powiem wam o co mi chodzi. Przez wiele lat żyłam w skorupie. Kilkakrotnie zmieniałam miejsce i zaczynałam "od nowa". Niestety, za każdym razem okazywało się, że moje problemy nie tylko nie znikają, ale powielają się. Miałam znajomych, ale wciąż byłam singlem. Chciałam być w związku, ale nie wiedziałam jakim (no owszem to romantyczne wyobrażenie tkwiło we mnie, ale nic poza tym). Nie rozumiałam w czym problem. To znaczy częściowo rozumiałam: miałam trudny charakter (nadal mam, ale pracuję nad sobą) i w zły sposób postrzegałam własną osobę. Ja po prostu siebie nie lubiłam.

Pierwszym krokiem do osiągnięcia celu w samoakceptacji jest uświadomienie sobie tego faktu - jak w uzależnieniu. Uważam bowiem, że nielubienie siebie jest pewnego rodzaju uzależnieniem: od postrzegania swojej osoby wyłącznie w złym świetle. Łatwo bowiem zasiać w umyśle (zwłaszcza dziewczynki) negatywne nastawienie do siebie, gdy powtarza się jej codziennie: "jesteś gruba, brzydka i nikt cię nigdy nie zechce", "jesteś głupim pasożytem", itp. Tego typu wyrażenia zapadają w pamięć NA ZAWSZE. Taka osoba nawet gdy w przyszłości usłyszy komplement, będzie miała gdzieś z tyłu głowy: "ale i tak wiem, że jestem gruba/ brzydka/ głupia/ okropna". Praca nad samoakceptacją jest wtedy niezwykle trudna, jak bowiem uwierzyć we własną wartość, gdy wewnętrzny głos powtarza jak mantrę te złe słowa?

Po pierwsze: stań przed lustrem i poznaj tę osobę, którą widzisz. To co, że ma kilka kilo nadwagi, grube kolana lub krzywy mały palec u nogi? Poznaj ją i przekonaj się, że inne rzeczy są w porządku a niektóre wręcz zaskakują pozytywnie: włosy ma gęste i lśniące, a błysk w oku zapowiada, że będziecie się wspólnie dobrze bawić. Skupiam się na wyglądzie, gdyż to z nim mamy przeważnie największe problemy. Sama je mam ;). W dzisiejszych czasach wszechobecnego internetu, atakujących z każdej strony telewizji, bilboardów i innych środków przekazu wizualnego, ciężko nie popaść w totalną depresję. Jedna aktorka po porodzie wróciła do figury sprzed ciąży w ciągu kilku tygodni, a jedna modelka po czwórce dzieci ma taką figurę jakiej ja nie miałam bez dzieci nawet we własnych marzeniach ;). Obecnie znów walczę o uznanie we własnych oczach, bo Muminek był taki wielki, że na porodówce pierwsze pytanie lekarza na widok mojego brzucha brzmiało: "o, bliźniaki?" :) i to, niestety, ma swoje konsekwencje do dzisiaj.

Potem dowiedz się, jakie osoba z lustra ma zalety i wady. I pokochaj je. Bez wyjątku. Zapamiętaj: nie ma ludzi bez wad. Ale jak się kogoś kocha, to jego wady też się kocha :). I przede wszystkim w wielu wypadkach można znaleźć obejście problemu: Tatuś Muminka jest szalenie niepunktualny, a ja jestem bardzo podatna na wpływ otoczenia. W związku z tym zaczęłam być niepunktualna... czego nie cierpię. Przez chwilę z tym walczyłam, a teraz mam system: po prostu mówię Tatusiowi, że jesteśmy umówieni pół godziny wcześniej, niż to faktycznie ma miejsce i w 90 % przypadków zdążamy na czas ;). Chyba, że nie przewidzimy korków. W ogóle w ramach samoakceptacji ostatnio przestałam się spinać w wielu sprawach i wyluzowałam. Nie dążę już do tego, żeby być perfekcyjną panią domu, perfekcyjną mamą i czym tam jeszcze. Impreza u nas? Spokojnie! przecież imprezy są po to, żeby się dobrze bawić, a nie spinać. Jak goście przyjdą, a ja nie będę gotowa ze wszystkim?  Albo pomogą w przygotowaniach [preferowane ;)], albo poczekają sącząc drinki na tarasie... Lub sadząc drzewka, jak to miało miejsce niedawno :)

Wyluzowanie też postrzegam jako część pracy w kierunku samoakceptacji: nie jestem perfekcyjna, nie byłam i nigdy nie będę. We wszechobecnym dookoła pośpiechu i nacisku społecznym poszukuję siebie - trochę leniwej, trochę za bardzo wymagającej, w rozmiarze XXL, ale za to ciepłej i rodzinnej. I uważam, że należy mi się odrobina luksusu: leniwy dzień na zalanym słońcem tarasie z kawą i książką. Taka randka ze mną. Bo się lubię po prostu...

Źródło: internet

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Chłodne spojrzenie na "Frozen"


Źródło: internet

Wiem, że temat wychodzi troszkę w nieodpowiedniej porze roku, ale przeglądając ostatnio starsze wpisy Zwierza natknęłam się na notkę na temat bajki Disneya "Frozen". Ponieważ na początku miałam mnóstwo zastrzeżeń do tej produkcji, postanowiłam sprawdzić co sądzi o niej Zwierz, z którego opiniami wielokrotnie się zgadzałam i którego spostrzeżenia uważam za niezwykle trafne w wielu dziedzinach.

Źródło: internet
Pamiętam, że pierwszy raz oglądałam "Frozen" po angielsku z napisami. Nieco to przeszkadzało Małej Mi, choć bajka zafascynowała ją na tyle, że nie skarżyła się na obcy język. Natomiast ja od razu zakochałam się w piosenkach (zwłaszcza "Let it go" i "Do you want to build a snowman?") oraz w nieco naiwnym, ale czarującym Olafie. Przemyślenia na temat luk w fabule zostawmy na potem, chciałam się skupić na innym problemie. Otóż jakiś czas później obejrzałam bajkę z polskim dubbingiem i szczerze mówiąc załamałam się poważnie. Co stało się z genialnym dubbingiem, który wielu bajkom dodawał wręcz uroku? Gdzie te świetnie przetłumaczone piosenki? Przy każdej piosence bolały mnie zęby, przy czym nie jest to wina wykonania (Idina Menzel to nie jest, ale nie łudźmy się, jej nie da się podrobić), tylko tłumaczenia. Pamiętam, że zdenerwowałam się tak bardzo, że na potrzeby własne przetłumaczyłam "Let it go" ;). Do dzisiaj wolę oglądać "Frozen" w oryginale, mimo że pogodziłam się z nieścisłościami fabuły - w końcu to bajka dla dzieci, a one nie dostrzegają takich rzeczy. Całkiem niedawno przypadkiem odnalazłam w sieci klip, na którym można posłuchać piosenki "Let it go" w 43 językach. W pełnych wersjach. 3 bite godziny :D Z ciekawości posłuchałam kilku, zwłaszcza tych, które byłam w stanie zrozumieć, przynajmniej częściowo. Otóż oświadczam, że nasze tłumaczenie jednak daje radę :) Co nie zmienia faktu, że tłumacze mogli się bardziej przyłożyć. Zresztą możecie sprawdzić sami na poniższym klipie.


Jeśli chodzi o inne wady bajki, niezależne od tłumaczenia polskiego - obraz posiada wiele luk logicznych, brak spójności wręcz bije po oczach. I bardzo mnie razi jakiekolwiek porównywanie do "Królowej Śniegu" H.Ch.Andersena. Poza magią zimy posiadaną przez Elsę nic w tej bajce nie wskazuje na nawiązanie do klasyki. Przy czym odnoszę wrażenie, że jednak główną postacią w tej bajce jest Anna, a nie Elsa.

Źródło: internet
Po seansie nasunęło mi się wiele pytań, na przykład: SPOILER ALERT - rodzina królewska nagle, z dnia na dzień zamknęła zamek, usunęła większość służby... i nikt nie zadał pytania dlaczego? Poza tym, z tego, co widziałam, troll-czarownik usunął wspomnienia o magii Elsy z głowy Anny, a co ze służbą, która została zwolniona i tą, która pozostała w zamku? Z początkowych scen można było wywnioskować, że nie był to sekret. Poza tym troll wyraźnie powiedział Elsie, że strach będzie jej największym wrogiem, to co zrobili patologiczni rodzice? Zamknęli ją samotnie w jej pokoju, odcięli od świata i uwięzili w strachu przed własnymi mocami. Brawo rodzice. Tak naprawdę z tego wynikła cała historia opowiedziana w bajce, ale kaman, słaby scenariusz nie predysponuje do dobrej bajki. Takich kwiatków jest tam więcej, obraz ma swoje momenty, ale przez większość czasu w głowie siedział mi taki mały człowieczek z młoteczkiem, którym uderzał w dzwonek. Za każdym razem, kiedy wypływała kolejna nieścisłość albo brak logiki robił takie małe "dzyń!" Dużo tego dzwonienia było ;)

Źródło: internet
Tak naprawdę bajka broni się głównie grafiką. Mam nadzieję, że Disney pozostanie przy takiej stylistyce, bo to co pokazali było tak piękne, że mimo wskazywanych przeze mnie wad, uplasowała się w czołówce moich ulubionych bajek. Teraz, po kilkunastu już razach nie zwracam uwagi na to, co uderzająco nie spodobało mi się za pierwszym razem. Po prostu patrzę na piękne obrazki, nucę niezwykle melodyjne piosenki i łapię odrobinę szczęścia, że mogłam poprzebywać w tym cudnym bajkowym świecie. Bo po to właśnie jest Disney, czyż nie?

Źródło: internet



poniedziałek, 25 maja 2015

Dlaczego nie wolno?


Źródło: internet
Mówi się, że nie należy porównywać swoich dzieci. Czy któryś rodzic z ręką na sercu mógłby powiedzieć, że nigdy w życiu nie dokonał choćby małego porównania? Nigdy? Ja nie umiem się powstrzymać, co nie znaczy, że któreś z dzieci wyróżniam. Po prostu moje dzieci różnią się między sobą niczym dzień i noc. I dobrze. Każde z nich jest osobnym bytem, jest sobą po prostu.

Źródło: internet
Pamiętam, jak bardzo zawsze pragnęłam mieć córeczkę. Jednak gdy urodziła się Mała Mi nie umiałam cieszyć się jej małą lecz wymagającą obecnością. Opiekowałam się nią, kochałam ją, a jednocześnie przez większość czasu miałam wrażenie, że to wszystko dzieje się jakby obok mnie. Że to nie ja kołyszę ją na rękach, tylko jakaś inna osoba. Jej przyjście na świat wiązało się z wieloma trudnościami: cesarskie cięcie (wskazane przez kardiologa) odbyło się za wcześnie i nie obyło się bez komplikacji, przez jakiś czas Mała Mi leżała w inkubatorze, trwała walka o jej życie. Potem, kiedy już była w domu, walczyłyśmy o karmienie piersią, którą to walkę przegrałyśmy obie. Wszystko to przeżywałam gdzieś głęboko w sobie, na zewnątrz pokazując maskę pewności siebie i opanowania. Sprawy nie ułatwiał fakt, że Tatuś Muminka był początkowo przerażony całą sytuacją (bądź co bądź było to jego pierwsze zetknięcie z noworodkiem i od razu takie traumatyczne), a dodatkowo mieszkaliśmy wówczas z teściami. Uwierzcie mi, "dobre" rady wygłaszane o trzeciej w nocy i krytyka wygłaszana o każdej porze nie sprzyjają młodym rodzicom. Z dnia na dzień byłam coraz bardziej sfrustrowana, winą za cały ten stan rzeczy obarczałam bogu ducha winne dziecko... Dziś już wiem, że zaliczyłam paskudną depresję poporodową - ten pierwszy rok życia Małej Mi wspominam jak okropny koszmar, a raczej staram się nie wspominać go w ogóle.

Przyjście na świat Muminka różniło się o 180 stopni. Co prawda on również pojawił się za pomocą cesarskiego cięcia (dzięki ci, Odynie! Młody ważył ponad 4 kilo :D), ale obyło się to już po wyznaczonym terminie [no nie chciał wyleźć, leniwiec, za dobrze mu było ;)]. Karmienie piersią również z nim się nie udało, trudno. Przeżywałam to, bardzo mi zależało na karmieniu, ale taki widać mój los, niektóre kobiety tak mają. Tatuś Muminka jakby bardziej obyty (bo ma wprawę już), a mieszkanie z dala od starszego pokolenia sprzyja jakoś spokojowi...

Różnią się też noce: Mała Mi budziła się co trzy godziny, zegarki można było nastawiać według jej karmień ;) Muminek zasypia wieczorem i wstaje rano, czasem nawet muszę go budzić :) Mała Mi pierwsze zęby miała w wieku 9 miesięcy, Muminek... ma już dwa (pierwszy wyszedł w 16 tygodniu!). O pierwszy uśmiech Małej Mi walczyłam do piątego-szóstego miesiąca, Muminek zaczął się uśmiechać już w szpitalu...

Powiedzcie, jak można tego nie porównywać, choćby przelotnie? Choćby siłą rozpędu? Gdzieś w myślach? Jaką krzywdę wyrządzam tym dzieciom? Przecież to jest ich historia, każdego z nich z osobna. A jednak, całkiem niedawno dowiedziałam się, że tak nie można. Jeśli osoba, która mi to mówiła, znałaby język angielski, użyłaby z pewnością wyrażenia "you mustn't".

Mała Mi i Muminek - archiwum prywatne. Uprasza się nie kopiować.
Po prostu jest inaczej. Inaczej postrzegam siebie w tym mini-świecie Muminka. Pełniej przeżywam macierzyństwo, bardziej potrafię się nim cieszyć. Absolutnie zachwycają mnie relacje między dziećmi, mogłabym cały dzień spędzić przyglądając się ich zabawom, lub po prostu leżąc z nimi na łóżku i robiąc nic :). Nagle wszystkie ważne sprawy tracą na ważności, a najważniejsze jest przytulić moje dzieci i powygłupiać się z nimi. Pękam z dumy, kiedy Mała Mi bierze udział w konkursach piosenki. Pękam ze śmiechu, kiedy Muminek "rozmawia" ze swoim odbiciem w lusterku :) I nie ma w tych porównaniach ani krztyny stwierdzenia, że któreś z dzieci jest lepsze od drugiego. Bo nie jest. One się od siebie zwyczajnie różnią.

poniedziałek, 18 maja 2015

Pozytywny wpis urodzinowy :)

Źródło: internet
Latka lecą - jutro kończę kolejną osiemnastkę ;) I to dosłownie.  Już jakiś czas temu podliczałam sobie w myślach swoje dokonania. Czego pragnęłam, mając 18 lat i co z tego stało się moim udziałem? Zacne przemyślenia (zawsze nachodzą mnie takie myśli pod prysznicem, a was? Ktoś wie, dlaczego tak się dzieje?), a i bilans nie jest taki zły. Co prawda nie mam własnego biznesu, domu w Alpach, ani Oscara na półce nad kominkiem, ale za to kilka innych rzeczy udało się aż nadto. Zerknijmy więc:

Pieseł złożył mi życzenia ;)
  • Mała Mi. Wymarzyłam ją sobie i mam. Czekałam na nią 11 lat - od momentu wymarzenia, do uzyskania ;)
  • Tatuś Muminka. Oj, napłakałam ja się w rękaw przyjacielowi, że chcę faceta z takimi zaletami, jak jego ;) Niestety - on był zajęty, ale pocieszał mnie, że jeszcze nie wszyscy porządni faceci wyginęli jak dinozaury, i jak się okazało - miał rację :)
  • Dom z ogródkiem (najlepiej na przedmieściach). Nie jest to co prawda dom, tylko mieszkanie, ale ma ogródek, sielską okolicę i jest piękne. Jeszcze nie skończone wewnątrz, zaledwie częściowo wygląda tak, jakbym chciała, ale przecież nie wyprowadzam się jutro - mam mnóstwo czasu na dopieszczanie wystroju wnętrza :) Ogródek się zagospodarowuje, do zbudowania pergola, wiata na drewno do kominka i grill z opcją wędzenia...
  • Własna biblioteka (na całą ścianę). Wciąż jeszcze nie mam odpowiedniego mebla, żeby wyeksponować kolekcję książek, które są moją własnością, ale przynajmniej wiem, jaki mebel chcę mieć ;) Mam też wypełnienie (mnóstwo książek - choć wciąż za mało...) oraz pomysł, jaki kupić sobie do tego fotel i gdzie zaaranżować strefę dobrych książek. Nie mogę się doczekać, plan do zrealizowania za dwa lata, chyba, że nastąpi nagły przypływ gotówki.
  • Praca... cóż, nie jest tą wymarzoną, ale podjęłam decyzję, żeby o taką zawalczyć. Jestem dobrej myśli, bo pozytywne myślenie, to połowa sukcesu.
  • A jeśli chodzi o Oscara... Nie stoi co prawda na półce nad kominkiem, tylko siedzi w bujaczku i właśnie się do mnie rozczulająco łobuzersko uśmiecha. No i pisze się go bardziej swojsko, przez "k" :D
Źródło: internet
Bilans zatem wypada na plus. Rozwijam swoje pasje, dbam o swoją rodzinkę, planuję nową karierę :) Jeszcze tylko figura modelki (chyba XXL, hahaha) i obraz się dopełni. Czuję, że mogę wstępować w kolejne osiemnastolecie z podniesioną głową.

A jak jest u was?

Źródło: internet
PS: Zapomniałam napisać o kasie... ale wtedy nie byłby to pozytywny wpis ;)

Źródło: internet

sobota, 9 maja 2015

Moje książki kucharskie

Moje książki kucharskie
Jestem fanką książek kucharskich. Nie mogę się opanować, gdy widzę pięknie wydaną książkę: kuszącą z okładki fotografią smakowicie wyglądającego dania, którego przepis widnieje w środku. I które - wiem to na pewno - mogłabym przyrządzić. Najchętniej od razu kupiłabym taką książkę, obecnie jednak - ponieważ na moich półkach brak już miejsca - głównie ograniczam się do przeglądnięcia książki w sklepie.

Policzyłam je - posiadam 28 książek i książeczek z przepisami różnej maści, nie licząc takich cieniutkich kupionych jakiś czas temu w Biedronce, każda traktująca na inny temat. Tych jest 13. Do tego kupowane nieregularnie Twoje Smaki Życia [gazetka z Biedronki - naprawdę dobre przepisy tam mają ;)] oraz kilka innych broszur. Sporo tego, prawda?
 
Moje książki kucharskie vol.2

Moja przygoda z książkami kucharskimi zaczęła się od Nigelli. Na któreś święta w prezencie otrzymałam "Nigella gryzie", a ponieważ lubię przepisy Nigelli, bardzo się ucieszyłam. Książkę przeczytałam "od deski do deski" dwukrotnie, przygotowałam z niej kilka przepisów, kilka jeszcze mam w planie. Następnie, oglądając jeden z programów kulinarnych, zapragnęłam książki Rachel Allen, ówcześnie w Polsce nie do zdobycia. Od czego są jednak przyjaciele? Przyjaciółka, w owym czasie przebywająca w Norwegii, zadośćuczyniła mojemu pragnieniu i tak stałam się dumną posiadaczką anglojęzycznej wersji "Rachel Bake". Kilka przepisów weszło na stałe do mojej kuchni, inne wciąż mam w planie... Wkrótce do kolekcji dołączyły jeszcze 3 Nigelle oraz jedna książka Jamie'ego :) Poza tym otrzymałam kilka różnych sztuk "Kuchni Polskiej", najczęściej korzystam z tej wyżebranej od mamy, wydanej niegdyś przez wydawnictwo Reader's Digest. Z pobytu w Holandii przywiozłam sobie książkę o czekoladzie (mniam!), ze spontanicznej wizyty w Empiku przytachałam do domu kolejną pozycję o wypiekach... Przyjaciółka podarowała mi "Kuchnię Litewską" (ostatnio przeglądałam i na bank niedługo coś z niej przygotuję, już się zaśliniłam).

W nietypowy sposób stałam się właścicielką książki Gordona Ramsaya. Moja siostra, w tym czasie studentka pierwszego roku, stwierdziła, że kupi ją sobie, bo czemu nie? Zaproponowała mi nawet, żebym sobie też kupiła, w końcu obie jesteśmy fankami Gordona. Ale ja właśnie stwierdziłam, że:
  • nie mam kasy,
  • nie mam miejsca na półce,
  • Gordon używa różnych fancy składników i pewnie nigdy z niej nie skorzystam...
i nawet promocyjna cena mnie nie przekonała. Powiedziałam siostrze, że kiedyś sobie od niej pożyczę. Siostra kupiła, usiadłyśmy na ławce i zaczęłyśmy przeglądać dzieło. Już przy zupach zrobiło mi się wesoło, przystawki i ryby mnie rozbawiły, a dania główne doprowadziły do łez ze śmiechu :D Bo na przykład sałatka z przegrzebków, kalmarów i młodych ziemniaków... to przecież takie typowo studenckie danie ;) Albo przepiórki z sosem pomidorowo-estragonowym :) Że nie wspomnę nawet o Casserole z gołębi na szybko :D W związku z powyższym siostra szybko scedowała prawa do książki na mnie, zawierając jakieś tajemnicze umowy z Tatusiem Muminka ;)

Mój Gordon ;)

Mam swoich faworytów, oczywiście. Mam również książki, z których jeszcze nigdy nic nie przygotowałam (aczkolwiek zamierzam) ;) Jest też kilka pozycji, które jeszcze chciałabym mieć... Do tych ostatnich należy "Jamie w domu" autorstwa Jamie'ego Olivera. Niestety, ta pozycja nie jest łatwa do "upolowania", ale kiedyś na pewno również jej się doczekam - większość moich książek kucharskich dostałam w prezencie od Tatusia Muminka ;)
Źródło: internet

Jakieś pół roku temu stwierdziłam, że nie mam już miejsca na moich "kucharskich" półkach i oznajmiłam głośno, że nie zamierzam więcej nabywać książek kucharskich. W związku z tym ostatnio moją kolekcję zasiliły dwie pozycje: "Przepisy mistrza Pawła Małeckiego" (promocja z Lidla) oraz duża pozycja z Ikei na temat zdrowego żywienia, oszczędności i racjonalnego wykorzystania resztek. Jest tam przepis na gofry bananowe, z którym zamierzam bliżej się zapoznać :)

Potrawka z ośmiornicą made by me :)

Uczyniłam również postanowienie (bynajmniej nie noworoczne), że w każdym miesiącu przynajmniej raz przyrządzę jakąś potrawę z moich książek. Chciałabym częściej, ale przy całej tolerancji Tatusia Muminka i Małej Mi do nowości, wydaje mi się, że nie byliby jednak zadowoleni z potraw, których składniki budzą ich wątpliwość ;) Co prawda, kiedy zrobiłam ośmiornicę z ryżem (przepis z broszurki Biedronki), Mała Mi spróbowała i nawet nie krzywiła się za bardzo, ale Tatuś wzdrygnął się na samą myśl, że miałby tego próbować. W ogóle Mała Mi co raz częściej wykazuje podobieństwo do mnie, jeśli chodzi o próbowanie nowych smaków (co bardzo mnie cieszy). Zobaczymy zatem, jak wypadnie moje postanowienie. Wymaga to ode mnie planowania, a nie tego, co robię ostatnio najlepiej: pójścia na kulinarny żywioł ;) Zresztą te wymyślane przeze mnie naprędce przepisy, w których najczęściej po prostu biorę pod uwagę tylko to, co mam w domu, wypadają całkiem przyzwoicie. Może jeszcze nie nadaję się do Masterchefa, ale moja rodzina się nie skarży :) 

A poniżej dwie książki, które jakiś czas temu wypatrzyłam w Empiku i od tego czasu spać po nocach za nimi nie mogę ;)


Źródło: internet

czwartek, 7 maja 2015

50 twarzy Greya, reż. Sam Taylor-Johnson

Źródło: Filmweb

Bazując na negatywnej opinii mojej młodszej siostry (mamy podobny gust), nie przeczytałam książki. Mojej mamie, dla odmiany, książka się spodobała. Mniej więcej się orientowałam o czym owo "dzieło" traktuje i szczerze mówiąc nie bardzo mnie ciągnęło, aby się z nim zapoznawać. A jednak pewnego chłodnego wieczoru w tym tygodniu, gdy postanowiłam całkowicie się odmóżdżyć, skusiłam się i obejrzałam film.

Historia bardzo konwencjonalna: on jest młody, przystojny i bogaty, ona jeszcze młodsza lecz raczej z tych szarych myszek z tak zwanego "ludu". On wycofany emocjonalnie i z problemami, ona otwarta, bardzo naturalna - okazuje się lekiem na (prawie) całe zło... On doświadczony wszechstronnie - zarówno przez los, jak i lubiący doświadczać różności ;), ona tak niedoświadczona, jak tylko dziewczyna może być niedoświadczona.

Romans jakich wiele, chciałoby się rzec. Mnie osobiście historia ich znajomości mocno skojarzyła się ze "Zmierzchem", jednak niektóre sceny wykluczają dopuszczenie przed ekrany nastolatków poniżej 18 roku życia (przynajmniej taką mam nadzieję). O ile się orientuję, w książce było więcej "momentów" i to bardziej szczegółowo opisanych, aczkolwiek ponoć styl odstraszał od czytania :D.

Podobała mi się muzyka. Dobrze dobrane tło muzyczne, to jeden z głównych filarów każdego filmu. Tu Danny Elfman wykonał dobrą robotę - za to dodatkowy punkt. Podobał mi się Jamie Dornan, fajnie grał, fajnie wyglądał ;). Zdecydowanie nie podobała mi się Dakota Johnson. Nie dość, że prezentuje sobą typ urody, który zupełnie mi się nie podoba, to jeszcze mówiła w sposób, który sugerował, że jakby tak wiatr mocniej zawiał, to by ją porwał. Taka lilia omdlewająca :) Nie podobała mi się przewidywalność filmu, brak jakichkolwiek zaskoczeń. Nie podobała mi się atmosfera filmu, a właściwie jej całkowity brak: nie było możliwości wczuć się w historię, cały czas byłam świadoma, że tylko oglądam film. W moich oczach świadczy to, że film jest słaby...

Podsumowując: jeśli film próbował poprawić książkę (co jak słyszałam ma miejsce w tym przypadku), to cieszę się, że jej nie czytałam.
 
Ocena: 5/10 (w tym +1 za muzykę)

Źródło: internet
PS: Tacy mi się bardziej podobają :)

niedziela, 3 maja 2015

Obowiązek szkolny

Źródło: internet

Mała Mi idzie od września do szkoły. Nie do końca rozumiem o co ta cała awantura, że sześciolatki idą do szkoły. Większość dzieci nowego pokolenia spędza gro czasu przed ekranem telewizora, komputera lub tabletu. Jeśli to ma być dzieciństwo, to wolę, żeby te same dzieci poszły do szkoły i przynajmniej czegoś się nauczyły. Pamiętam, jak twardo zastrzegałam się, że Mała Mi nie będzie siedziała przed komputerem, zanim nie pójdzie co najmniej do szkoły. Cóż, życie weryfikuje poglądy.

Mała Mi nie posiada własnego tabletu [już mnie dzieci sąsiadów pytały dlaczego ;)], na komputerze może czasami pograć w sprawdzone przeze mnie gry i to wyłącznie w weekendy (chociaż nie jestem z tego dumna), telewizję ostatnio raczej odrzuca sama z siebie (nie żeby była takim idealnym dzieckiem, bajki na dvd mogłaby oglądać bez przerwy, jakby jej ktoś pozwolił). Ale i tak uważam, że za dużo czasu spędza nie robiąc tego, co my w tym wieku: bawiąc się na dworze.
Źródło: internet

Ale wracając do tematu szkoły - w Holandii do szkoły obowiązkowo idą dzieci w wieku czterech lat. Przy czym - o ile urodziny nie wypadają w wakacje - w dniu czwartych urodzin dziecko wędruje do szkoły pierwszy raz. Kilka pierwszych dni lub tygodni na dwie-trzy godziny, ale później już w pełni uczestniczy w zajęciach. Oczywiście nie są to zajęcia fizyki kwantowej - pierwsze dwa lata to raczej nauka języka niderlandzkiego (w Holandii jest bardzo dużo imigrantów, którzy w domach posługują się własnymi językami, w związku z czym dzieci idąc do szkoły nie potrafią posługiwać się jezykiem niderlandzkim). W wieku sześciu lat zajęcia przypominają trochę "zerówkę", a trochę odpowiadają naszej polskiej pierwszej klasie. A jednak. Cztery lata = obowiązek szkolny.

Skąd to wiem? Przez jakiś czas mieszkałam w Holandii, zajmując się dziećmi. Pod opieką miałam trójkę dzieci w wieku 1,5 - 3,5 - 5,5. Byłam więc świadkiem zmian dokonujących się w życiu owych dzieci. Dodatkowo kilka razy zdarzyło mi się być świadkiem zajęć w szkole (zarówno na poziomie 4-latka, jak i 6-latka). Dlatego nie widzę problemu w zmianach wprowadzanych w Polsce - oby tylko program szkolny był dopasowany poziomem do możliwości poznawczych dzieci. Ale o tym przekonam się już we wrześniu...


czwartek, 30 kwietnia 2015

Co z tymi szczepionkami?

Byłam wczoraj na szczepieniach z Muminkiem.

Zupełnie nie rozumiem rodziców, którzy podejmują decyzję o nieszczepieniu swoich dzieci. Nie chcą chronić swoich pociech przed groźnymi dla nich chorobami? A najgorsze jest to, że kiedy jakaś choroba wymknie się spod kontroli (a dzieje się tak wtedy, gdy zaszczepialność jest za niska), to oni pierwsi robią raban i szum. Od razu dowiadujemy się, że:


  •     epidemia nadciąga
  •     albo co najmniej kataklizm
  •     zbliża się armagedon
  •     a jeśli nawet nie, to i tak jesteśmy potępieni

:)



Trochę przekoloryzowałam, ale prawda jest taka, że świadomość odnośnie szczepionek jest raczej niska w narodzie. Winę za ten stan rzeczy w dużej mierze ponosi internet i fakt, że można w nim znaleźć dosłownie wszystko - ale głównie negatywy - na prawie każdy temat. Mały przykład. Moja siostra ostatnio do mnie dzwoni i pyta co to może być, jak jej się strasznie zaczęły rozdwajać paznokcie i robią się jej dziwne przebarwienia na nich. Powiedziałam, że nie wiem, ale pewnie jakichś witamin brakuje i żeby sprawdziła w necie, co piszą na ten temat. Na co ona stwierdziła, że już sprawdzała i dowiedziała się, że umiera na wszystko ;)

Tak samo jest ze szczepieniami. Wystarczy otworzyć jakąkolwiek stronę www, a dowiemy się, że szczepionki to zło i szatani. Że ze szczepionek nie ma nic dobrego, wręcz przeciwnie: autyzm, ADHD, choroby nowotworowe, opóźnienia w rozwoju - wszystko to wina szczepionek.

Nie powiem, historie "z życia wzięte" dostępne w internecie budzą pewne wątpliwości. Bez wątpienia u jakiegoś odsetka dzieci występują niepożądane odczyny poszczepienne. Być może faktycznie zanim nastąpiła taka nagonka na producentów, w składzie szczepionek można było doszukać się składników niebezpiecznych (np. osławiony tiomersal). Osobiście wierzę, że szczepionki - zgodnie ze swoim przeznaczeniem - pomagają, a nie szkodzą. W końcu nasze pokolenie było szczepione i nie widać po nas spustoszeń dokonanych przez "toksyczne" szczepionki.

Dla wszystkich, którzy wątpią w szczepionki i dla tych, którzy w nie wierzą dziś mam komiks:














Źródło: internet


Zapraszam do dyskusji :)