piątek, 24 kwietnia 2015

Czy można ich mieć za dużo?

Źródło: internet

Jako, że wiosna za oknem i lato się zbliża wielkimi krokami, przytachałam drabinę z piwnicy i wdrapałam się na nią, co by obszukać górne półki szafy w przedpokoju. Pamiętałam mgliście, że mam tam jakieś buty letnie i chciałam sprawdzić co muszę dokupić na nadchodzący sezon. W wyniku obdukcji strasznie zapchanych półek okazało się, co następuje:

1. butów na koturnie mam 4 pary, w tym jedne to półbuty (ukochane), reszta sandały (Jedne tak eleganckie i wysokie, że nie miałam ich na nogach ani razu. To znaczy owszem, miałam, ale wyłącznie w celu ponoszenia "po domu", żeby się noga przyzwyczaiła. Nie miała do czego się przyzwyczajać...);

2. baleriny, sztuk 8, co oznacza również 4 pary, w tym jedne kupione ciutkę za wąskie (ale jakie piękne!), w celu rozchodzenia - wyszłam w nich z domu dokładnie zero razy. Resztę noszę, gdyż baleriny generalnie uwielbiam, może nawet kiedyś poświęcę im osobny wpis, chociaż generalnie są to kompletnie aseksualne buty, chyba, że ma się stopę jak Audrey Hepburn (a ja nie mam);

3. czółenka par 3. Wszystkie czarne, jak mniemam kupowałam je "aby mieć coś na wyjście". Jedne są za małe o numer, za to mają czerwoną podeszwę i mogą udawać Laboutiny (przy dużej dozie ślepoty). Nawet w nich chodziłam ze trzy razy, zanim zaczęły mnie boleć stopy od samego patrzenia na nie... Drugie w szpic, trochę w nich śmigałam, ale czasy świetności mają już za sobą, a trzecie proste, kupione natentychmiast na pogrzeb, okazały się o pół numeru za małe. Ale stwierdziłam to dopiero po całym dniu na nogach. Teraz noszone okazyjnie, ale z bólem;

4. sandały płaskie 3 pary. Jedne odkryłam dzisiaj w pudełku, zupełnie nienoszone i generalnie o nich zapomniałam. Nie wiem dlaczego, bo są całkiem fajne, zamierzam je eksploatować w tym sezonie. Pozostałe pary nosiłam w zeszłym roku;

5. szpilki, jedna para - mega piękne czarne szpile wyjściowe. Nie umiem chodzić na szpilkach, ale te kilka razy ubierałam, głównie na imprezy typu: wyjdź z domu do samochodu, wyjdź z samochodu przed drzwiami, gdzie odbywa się impreza, siedź na krześle na imprezie, wróć autem :) Przeważnie już w aucie zdejmowałam je z nóg i z wielkim bólem wkładałam na przejście z auta do domu (te nierówne chodniki). Obecnie są na mnie za małe (jak wiadomo z wiekiem noga się rozklepuje na szerokość), ale trzymam je z sentymentu, bo takie piękne :)

6. sandały na obcasie, również jedna para, również wyjściowa. Śliczne są i głównie dla tej śliczności je kupiłam ;) mega niewygodne, źle uszyte, nie trzymają się stopy, paseczki się ześlizgują... a może to tylko ja mam takie koślawe stopy. W każdym razie ich ostatnie wyjście wyglądało tak, że na imprezie firmowej elegancko sunęłam na miejsce siedzące (bo spadają te cholerne paseczki), a po części oficjalnej wskoczyłam szybko w balerinki :D ;

7. no i wreszcie dochodzimy do japonek/ klapek. Najbardziej aseksualne buty świata, biją na głowę nawet balerinki :) Ale... są też megawygodne, noga w nich się nie wykręca i niezrównane na upały. Posiadam 5 par, przy czym zapomniałam na śmierć, że kiedyś zainwestowałam i jedne mam nawet od Lasockiego i to w moim ulubionym kolorze. Reszta się nie liczy, kupione ad hoc, głownie na przecenach, jednych nawet nie miałam chyba na nogach, albo może raz... bo nie pamiętam. I tak najbardziej kocham te z Biedronki za 14,99. Co roku sobie nowe kupuję i nie żałuję, bo są bardzo wygodne, nic nie uwiera i śmigam w nich całe lato.

Wniosek nasuwa się sam: mam 21 par butów (nie licząc zimowych), z których w co najmniej połowie nie chodzę i chodzić nie będę. Trzeba się ich pozbyć... i zastąpić nowymi, bo jak wiadomo nie ma to jak nowa para butów :D


A kiedyś...  będę miała taką szafę na buty, jak Carrie Bradshaw :)

Źródło: internet

Źródło: internet

2 komentarze: